Umysł jest niezwykłą machiną, która stale chce się ulepszać, zwiedzać, działać, planować… Sam fakt nieustannie napływających myśli wyzwala we mnie chęć powiedzenia – oj daj już spokój, rozluźnij się. I w gruncie rzeczy nie jest to w całe takie trudne, choć nie ukrywam wielu osobistych walk toczonych na tym polu. Rozluźnienie się wymaga jedynie bycia obecnym danej chwili, bez celu, bez pragnień, koncepcji.
Jak często pozwalasz sobie na bycie ze swoją osobista ciszą? Na bycie częścią tego co właśnie w tym momencie się rozgrywa ale tu, teraz, nie w przyszłości, której nie ma lub przeszłości, która nie ma już znaczenia?
Podczas ostatniej podróży solo o której tak bardzo marzyłam dotarło do mnie, że pragnęłam być ze sobą w absolutnej obecności, spokoju i statycznym doświadczaniu otaczających mnie dźwięków, zapachów, widoków. Będąc już w końcu w tym stanie mój umysł wpadał w tryb: to ja się czegoś pouczę, coś napisze, poszukam informacji, sprawdzę, poczytam, opracuje nowy projekt. Nie byłoby w tym nic złego bo wszystkie te działania sprawiały, że wiedziałam więcej, mogłam tworzyć, „byłam mądrzejsza o jakaś kwestie”, poznawałam historie, kulturę miejsc i super tylko nadal czułam ten brak przerwy w niewymuszony sposób delikatnie osadzającej się spokojnie w bezruchu, bez celu. Nie zdawałam sobie sprawy z tego jak bardzo jestem w mentalnym, energetycznym i fizycznym ruchu. To również piękna część życia, być i tworzyć jednak ta głęboka tęsknota za choć chwilowym bezruchem, odpoczynkiem, absolutna relaksacja każdej mojej również niefizycznej części była we mnie namacalnie obecna i wyraźnie drapiąca moje jestestwo. I mimo, że był to stan wieloletniego poszukiwania to nie zdawałam sobie sprawy, że jest on w każdym momencie tuż przy mnie, mogę mu tylko pozwolić się zamanifestować, objawić. Stan całkowitej wygody, odpoczynku, rozluźnienia, osadzenia w obecności nieoznaczony żadną koncepcją, stan w którym nie muszę już wiedzieć, a jedynie być tym czym jestem teraz i pozwolić sobie na poczucie tego niemożliwego do objęcia dostępnymi słowami doświadczenia.
Namkhai Norbu Rinpoche, niezwykle ceniona przeze mnie postać mawiał „ First of all you need to relax”. I to jest kwintesencja praktykowania.
No dobrze, można stwierdzić, że muszą być spełnione pewne warunki zewnętrzne aby się rozluźnić, bo co jeśli mamy do czynienia z np. przewlekłym bólem fizycznym, brakiem zabezpieczenia finansowego, trudnej relacji…? Otóż właśnie praktykowanie rozluźniania lub kontemplowanie stanu obecnego jest w moim odczuciu jednym z najlepszych lekarstw na wyjście ze stanu niewygody. Rozluźnianie niesie ze sobą wielką mądrość, której poddajesz się i zaczynasz odbierać bardzo delikatne sygnały, zaczynasz być czymś innym niż tym czym wydawało Ci się ze jesteś. I kiedy naprawdę pozwolisz sobie na doświadczenie tego miejsca, ból również się rozpuszcza i nie jest już tak kanciasty, tak ostry i niewygodny.
Kontempluj stan w którym obecnie jesteś. Nie nazywaj, nie oceniaj czy to dobre czy złe, nie identyfikuj się z tym. Kontempluj te jakość. Kontemplacja jest jak przekraczanie każdego rodzaju napięcia. Natura kontemplacji jest zatem rozluźnieniem . Wejście w kontemplacje opisuje tybetańskie słowo dzogszag – co oznacza tworzenie niczego i pozostawienie wszystkiego takim jakie jest. To co jest ideą tego to odnalezienie się we własnym stanie rozluźnienia, bez potrzeby poprawiania czegokolwiek.
Budda Śakjamuni powiedział: “Wejście w kontemplację na czas, jaki mrówka potrzebuje, aby przejść od podstawy nosa po jego koniec, przyniesie większy postęp w dążeniu ku urzeczywistnieniu, niż całe życie spędzone na gromadzeniu pozytywnych uczynków”.
Źródło: Namkhai Norbu Rinpoche. Rigbai Kujyung; The Six Vajra Verses

